poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 2.

- Twoje wujostwo zostało zamordowane przez popleczników Czarnego Pana...
Po tych słowach nawet Severus Snape zapomniał o ukrywaniu emocji.
Na szczęście nikt nie zauważył jego zdziwionej miny:
"W co ty grasz, Dumbledore..." pomyślał.
Obaj wiedzieli, że to nie Lord Voldemort nakazał zabójstwa Dursley'ów.
Mimo to, te słowa wcale nie były kłamstwem... Severus był przecież jednym z jego "popleczników"...
A właściwie to od kiedy Dumbledore nazywa Lorda Czarnym Panem?
Tego szczegółu akurat ani Black, ani Potter nie zauważyli...
Dał on jednak powód do przemyśleń mistrzowi eliksirów.
Nad intencjami dyrektora myślał już od jakiegoś czasu. Dokładnie od tygodnia, gdy dostał od niego zlecenie zabójstwa tamtych mugoli.
Nie pytał dlaczego ma to zrobić... Myślał, że być może Riddle ich w jakiś sposób omamił, że mają zabić Pottera, albo coś w tym stylu...
Że stanowią zagrożenie...
W sumie to nie nad tym się zastanawiał...
Niezależnie od rozkazu Snape musiał go wykonać...
Inaczej mógłby zostać uznany za zdrajcę, lub nawet zamordowany...
A to on w tej grze chciał być myśliwym...
Od samego początku bardziej go zastanawiała idea stworzenia tego absurdalnego napisu krwią w ich domu.
Dumbledore wyjaśnił to w nie do końca jasny sposób. Mówił, że to przekona chłopca do ukrycia się, do uważnego obserwowania otoczenia i przestanie tak nierozważnie się zachowywać...
Snape wątpił jednak w to wszystko...
Każdy kto choć trochę dłużej znał Pottera wiedział, że nie jest on człowiekiem, który przyglądał by się z boku, gdy jego znajomi narażają życie w walce. Że byłby skłonny do ukrycia się i przeczekania wojny.
To by było absurdalne... Potter odziedziczył porywczy charakter po swoim ojcu, który zawsze chciał być w centrum akcji.
- Aaa... Co? - koślawo zaczął mówić Harry, gdy pierwszy szok minął. - A zaklęcia ochronne? Nikt miał się przez nie nie przedostać...
"Ha... On nie jest jednak taki głupi za jakiego go masz, Dumbledore..."
- Niestety... zawiodły.
- Moment... - "Black próbuje myśleć..." - To znaczy, że przez te wszystkie lata nie było żadnej ochrony? Harry cały czas był zagrożony?
- Może nie przez wszystkie, Syriuszu... Tylko odkąd w Harrym i Voldemorcie płynie ta sama krew...
Snape zauważył, że po tych słowach oczy Łapy niebezpiecznie się zaświeciły, a Black cicho warknął.
Dumbledore nie mógł tego zauważyć ani usłyszeć, bo w tym samym momencie Potter wybiegł z salonu, głośno trzaskając drzwiami.
- Trochę ochłonie i mu przejdzie - "Wątpię, Dumbledore...".

- Harry! Jesteś tu? - Usłyszał pytanie Hermiony.
Nie chciał z nią rozmawiać. Nie chciał z nikim rozmawiać. Potrzebował trochę czasu na przemyślenia.
Chciał przetrawić to co właśnie usłyszał.
Nie specjalnie go ruszyło to, że Dursley;owie nie żyją... Oczywiście, było to smutne. Nie powinni ginąć w tej wojnie... To byli tylko niewinni mugole.
No dobrze, może nie całkiem niewinni...
"To byli straszni ludzie... Ale - nawet za to co mi robili - nie zasłużyli na śmierć... Nie brali czynnego udziału w tej wojnie, a ich jedynym przewinieniem było to, że mnie trzymali pod swoim dachem. Czy to znaczy, że jestem winny ich śmierci?"
Mimo, że takie myśli siedziały mu w głowie, Harry nie miał wyrzutów sumienia...
Sam często myślał o tym jak podrzyna im gardła w nocy...
Sam nie raz chciał się na nich zemścić za te wszystkie upokorzenia, które go spotykały...
Chciał ich torturować, by błagali go o litość i wybaczenie...
Czuł, że myślenie w ten sposób wyzwala w nim jakąś nową moc i wiedział, że już wkrótce pragnienie zemsty przerośnie poczucie człowieczeństwa...
Ale zawsze nim cokolwiek zrobił jego ludzka natura brała górę i odpowiedniejsze myśli zaprzątały mu umysł.
"Więc może dobrze się stało, że zginęli... Gdybym to ja ich zaatakował mógłbym trafić do Azkabanu, stracić reputację... I oczywiście stałbym się zbrodniarzem, kryminalistą, miałbym krew na rękach..."
Z każdym dniem musiał sam siebie coraz bardziej przekonywać, że zabijanie jest złe...
Nikt inny nie widział tych rosnących zmian w jego psychice, bo następowały zbyt wolno, a on zaczął je coraz lepiej ukrywać...
Takie zmiany brał za przejaw zbyt wielkiej ilości przemocy w jego życiu...
Dopóki nie dowiedział się, że jest magiczny był regularnie bity w swoim domu...
Gdy miał prawie 12 lat - nieświadomie, ale jednak - zabił profesora Quirrela...
Parę miesięcy później prawie go zjadły pająki...
Później patrzył jak umiera rok młodsza dziewczynka... I zabił ogromnego węża...
Myślał, że jest ścigany przez zbiegłego mordercę...
No i prawie go pogryzł nauczyciel - wilkołak...
Dochodzą do tego Dementorzy, zadania turnieju trójmagicznego, walka z Lordem Voldemortem i pościg za śmierciożercami...
Przez całe jego życie coś się działo...
Adrenalina, krew i przemoc od najmłodszych lat...
To oczywiste, że miało to wpływ na jego psychikę. Gdy nic się nie działo - a tak przeważnie było podczas każdych wakacji - to chłopak chciał wrażeń, więc do głowy mu przychodziły durne pomysły, jak zamordowanie Dursley'ów aranżując wypadek, bądź nasyłając podejrzenia na przykład na panią Figg...
Albo podpalenie domu przy Prived Drive 4, udając, że to wybuch butli gazu...
- Harry! Otwórz te drzwi, bo je wysadzę! - Hermiona postanowiła ponowić swój atak.
- Spokojnie Herm... - głos Rona został zagłuszony przez wybuch, gdy drzwi dosłownie wyleciały z zawiasów.
- Nie słyszałaś o "Alohomora"? - spytał Harry będąc w lekkim szoku.
- O to samo chciałem spytać... - poparł przyjaciela Ron, wciąż stojąc w progu.
Widocznie nie chciał wejść do pokoju, który był bardziej ślizgoński niż ich pokój wspólny.
Mimo, że cały dom był w takim stylu Weasley miał obiekcje tylko do tego jednego pokoju...
- Alohomora byłoby zbyt niegrzeczne...
- A to było wyrazem szacunku dla gospodarza? - spytał Ron, wyższym niż zwykle głosem.
- Och, nieważne... Zostawmy to. Harry, po co był u ciebie Dumbledore?
- Dursleyowie nie żyją... - zbeształ się w myślach za tak lekceważący ton głosu. - Chciał mi to przekazać.
- Przykro mi, stary - pierwszy odezwał się Ron. - Nie powinni ginąć w tej wojnie...
- Myślałam, że na wasz dom są rzucone odpowiednie zaklęcia ochronne...- powiedziała powoli Hermiona.
- Jak widać nie były... Skończmy to... Nie chcę o tym mówić...
- Jak to nie były?? - Hermiona nie pozwalała zakończyć rozmowy.
Zwyczajnie... Nie było zaklęć. Byliśmy cały czas narażeni... - Starał się nie brzmieć jak profesor Binns podczas wykładu na Historii Magii, ale trochę mu to nie wychodziło.
"Czy oni nie rozumieją, że nie chcę o tym rozmawiać?"
- Ale Dumbledore mówił...
- Że u nich jestem bezpieczny? Mówił... Jak widać się mylił - "Albo kłamał" przeszło mu przez myśl.- Zrobiłaś już może wypracowanie z Eliksirów? Mam z nim problemy - skłamał, chcąc pokazać, że uznał dyskusje za zakończoną.
Tak naprawdę wszystkie prace wakacyjne odrobił w ciągu pierwszych trzech dni wakacji.
- Po co chcesz je robić jak nie wiesz czy zdałeś SUMY? - zapytał zdziwiony Ron.
- Chcę czymś zająć swoje myśli...
- Nie uciekaj od proble....
- Nie mam żadnych problemów! - przerwał Hermionie w pół zdania. - Tak naprawdę gówno mnie obchodzą Dursleyowie! Skończmy już ten temat... Gryzą piach, więc niech gryzą...
- Właściwie to pogrzebu jeszcze chyba nie było...
- Ron! - warknęła oburzona Hermiona. - Nie mów tak... A ty Harry nie chowaj swoich uczuć... Pogadamy jak ochłoniesz - powiedziała i wyszła z jego pokoju, trącając w progu lekko wstrząśniętego Rona.
- Ach te kobiety...  - powiedział cicho i zostawił przyjaciela samego.

sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 1.

Jak zawsze śniła mu się Lily. Wyjątkowe było to, że dzisiaj się do niego uśmiechała.
Całą noc patrzył w jej piękne, zielone oczy, nie odzywając się wcale.
Pierwsze słowa padły z jej ust, gdy już się budził: "Dziękuję Severusie"
Na więcej nie mógł liczyć.
Ani za życia, ani po śmierci kobiety.

Lily.
Zawsze wstawał z tym imieniem na ustach.
To Lily przez wiele lat dawała mu siłę.
To dzięki niej chciało mu się żyć.
Dlatego nie mógł odmówić, gdy pewnej nocy zdradziła mu, że jest niespokojna.
I że nie odzyska spokoju, bo na ziemi żyją ludzie, przez których nie może być teraz przy nim.
Powiedziała też, że kilka dni przed śmiercią zrozumiała swój zły wybór.
Nie kochała Jamesa Pottera.
Kochała jego. Severusa Snape'a.
Ale zanim zdążyła mu to powiedzieć te kilka osób sprawiło, że zginęła.
Sam Harry Potter - najmniej winny wszystkiego.W końcu był jeszcze dzieckiem. I nie miał na nic wpływu. Ale to nie zmienia faktu, że to jego dotyczyła przepowiednia, przez którą zginęła Lily..
Severus wiedział jednak, że akurat tego chłopaka powinien oszczędzić...
Mimo, że w rozgrywającej się wojnie przywódca jednej ze stron chciał jego śmierci...
Peter Pettigrew - Strażnik Tajemnicy Potterów. Zdradził miejsce pobytu Lily Czarnemu Panu. Już gryzie piach od spodu.
Syriusz Black - odmówił zostania Strażnikiem. Polecił im zdrajcę. Na jego korzyść świadczyło to, że zabił Glizdogona. Ale i tak zdechnie.
Albus Dumbledore - jego sposób ochrony zawiódł. Nie starał się wystarczająco. Ale przynajmniej próbował.
Aurorzy - zbyt późno zareagowali 15 lat temu, gdy odkryli, że zaklęcia ochronne zostały złamane. Severus nie wiedział, którzy z nich byli wtedy na służbie. Ale to nie miało znaczenia.
Lord Voldemort - morderca.
Śmierciożercy - wszyscy słudzy Czarnego Pana też zasługują na śmierć.
I na sam koniec: Severus Snape - za wydanie informacji, które przyczyniły się do tego, że Voldemort ścigał Potterów. Taryfę ulgową stanowiło to, że później ich ostrzegł i zmusił do ukrycia. Ale to nic nie znaczyło.
Był współwinny morderstwa.
On też za to zapłaci.
Na samym końcu.

- Harry... Harry! Zejdź na dół! - Usłyszał krzyk Syriusza.
"A obiecywał, że będę mógł spać, do której chcę." pomyślał patrząc na zegarek, który wskazywał, że wybiła ósma rano. "Udało mu się dotrzymać słowa tylko przez siedem dni."
Harry Potter przebywał na Grimmauld Place już tydzień. I to był najlepszy tydzień w jego życiu.
Dopiero co uniewinniony Syriusz tryskał niesamowitą energią.
Od razu po rozprawie zabrał chrześniaka do swojego domu, pozwalając mu tam na wszystko i rozpieszczając jak nigdy nikt.
Zaprosił też przyjaciół Harry'ego - Rona i Hermione - "żeby było mu raźniej" jak tłumaczył.
Prawda była jednak inna.
W obliczu wojny Weasley'owie - rodzina Rona - jako otwarcie wspierający dyrektora Hogwartu byli na celowniku Lorda Voldemorta i jego armii.
Wszyscy - za wyjątkiem bliźniaków: Freda i Georga, którzy mieszkali nad swoim sklepem w Londynie - przeprowadzili się do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa, a zarazem domu Syriusza Blacka.
Hermiona też była zagrożona.Czarny Pan wiedział, że przyjaźni się z Harrym Potterem, więc mógł spróbować ją wykorzystać do manipulacji nim, mógł ją porwać, mógł spróbować przejąć nad nią kontrolę, lub omamić, by przeszła na jego stronę...
Mógł zrobić wiele rzeczy...
Dlatego lepiej, żeby wszyscy byli bezpieczni na Grimmauld Place 12...
 - Harry, szybko! Czekają na ciebie! - znów krzyknął Syriusz.
"Kto u licha może na mnie czekać?!" pomyślał Harry, wstając wreszcie z łóżka, które kiedyś należało do Regulusa - brata jego ojca chrzestnego.
Potter przejął jego pokój.
Jak na jego gust barwy tego pomieszczenia były nieco zbyt ślizgońskie - zielone ściany, Srebrno-zielona narzuta na łóżku, wielkie graffiti przedstawiające węża na jednej ze ścian. - ale Harry musiał przyznać sam przed sobą, że te kolory są o wiele lepsze o gryfońskich...
Mniej raziły oczy...
Ale te myśli musiał zachować dla siebie...
Gdyby wypowiedział je na głos Ron - znając jego podejście do wszystkiego co ma związek z domem węża - rozpocząłby kłótnie, albo by się obraził, myśląc że jego przyjaciel przechodzi na "ciemną stronę Hogwartu"...
Syriusz - widzący w Harrym idealne odwzorowanie swojego dawnego przyjaciela - na pewno by tak nie zareagował...
Przecież to tylko kolory...
Ale Ron od zawsze był strasznie przewrażliwiony...
Drażniły go wszelkie odstępstwa od gryfońskiej normalności...
Nawet chodził nadąsany, gdy Syriusz powiedział, że na razie nie ma czasu przemalować tego pokoju...
Harry to rozumiał... Łapa był zajęty sprawami Zakonu Feniksa... Nie mógł teraz zawracać sobie głowy takimi błahostkami jak zły kolor ścian w starym pokoju jego brata...
Ale do młodego Weasley'a te argumenty nie docierały.
Mimo, że sam nie musiał spędzać czasu w tym pokoju - bo miał swój własny, w czerwono-złotych barwach - to przejmował się tym, jakby to była sprawa życia i śmierci...
- Potter, do jasnej cholery! Co ty tam robisz?! Niektórzy z nas nie mają czasu! - Głos nauczyciela eliksirów skutecznie przekonał Harry'ego, że powinien szybciej się szykować...
"Co może chcieć ode mnie Snape..."
- Nikt cię tu nie trzyma na siłę, smarkerusie... - Potter usłyszał warknięcie Syriusza. "A ten jak zawsze musi mnie bronić... nawet gdy nie jest to potrzebne.".
Bliznowaty oczywiście doceniał ojca chrzestnego, ale jego zachowanie wydawało się czasem dziecinne.
- Spokojnie chłopcy... - "Dumbledore?" zdziwił się w myślach Harry, przyśpieszając kroku na schodach. - Ach, mój drogi chłopcze, jesteś wreszcie... Chodźmy do salonu. Muszę ci coś powiedzieć. - Harry niepewnie spojrzał najpierw na starca, później nauczyciela, na końcu szukając oparcia u chrzestnego. Ten ostatni zachęcająco się do niego uśmiechnął. - Nie miej tak przerażonej miny. Wieści niestety są tragiczne, ale nic ci nie grozi... Będzie dobrze.

Czuł, że chłopiec bez przerwy na niego patrzy. Jakby oczekiwał, że Severus zaraz da mu szlaban, albo odejmie punkty Gryfonom. Jakby myślał, że zaraz znajdzie sposób, by się do czegoś przyczepi... Choćby chodziło o rozwiązaną sznurówkę jego lewego buta...
Dlatego nie zdziwiły go słowa dyrektora Hogwartu:
- Profesor Snape towarzyszy mi dzisiaj tylko ze swojej uprzejmości... Jeśli jego obecność cię krępuje to może wyjść, prawda Severusie?
- Oczywiście - odpowiedział, zachowując spokój. "To po co ten dyrektorek mnie tu ciągnął..." - Z przyjemnością opuszczę ten dom - dodał, starając się umieścić jak najwięcej jadu w swoich słowach.
Syriusz wydał z siebie dźwięk pomiędzy prychnięciem a warknięciem, co bardzo rozbawiło Mistrza Eliksirów. Nie pokazał tego jednak. Latami szkolił się, jak ma ukrywać swoje emocje, więc tylko kpiąco podniósł brew i spojrzał z wyższością na Blacka.
"I tak cię zabije... Myśl sobie o mnie co chcesz. Jeszcze będziesz mnie błagał o litość i przepraszał." pomyślał.
- Do rzeczy... - powiedział Albus. - Harry, mam dla ciebie straszne wieści - "Taa, jasne... Nawet cię to nie rusza starcze..." - Twoje wujostwo zostało zamordowane przez popleczników Czarnego Pana...


sobota, 12 września 2015

Prolog

Z przyjemnością patrzył jak jej krew wsiąka w dywan, który już dawno zmienił barwę z białego na szkarłatny.
Nie znał się na anatomi, ale był prawie pewien, że to co leży obok jej głowy jeszcze przed chwilą było nerką, a jej ucięta ręka wbita jest w żołądek.
Wiedział, że jej już nikt nie poskłada w całość.
Jeśli chodzi o jej męża...
Tu nie było wątpliwości. On już dawno był martwy.
Jego głowa zdobiła teraz żyrandol, urwane genitalia przybite były pod zdjęciem ślubnym - przedstawiającym tych dwoje, jeszcze nie pokrojonych na kawałki - a resztę ciała wrzucił do kominka i podpalił.
Do załatwiania została już tylko ta ich młoda latorośl.
Aktualnie związany i wrzucony do komórki pod schodami chłopak już trząsł się cały na myśl co go czeka.
Nikt nie dałby rady wyciągnąć bo stamtąd siłą.
Po kilku zaklęciach wisiał głową w dół nad zwłokami własnej matki.
- Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę - powiedział Severus Snape przejeżdżając nożem po policzkach swojej ofiary - ale to jedno z przyjemniejszych zadań, które wykonuję. - Wbił chłopakowi nóż w brzuch. - Cieszę się, że to ja miałem je wykonać...
- Jesteś pieprzonym psychopatą - warknął młodzieniec resztkami sił.
- Stul pysk Dursley - odwarknął Snape, ucinając język ofierze.
Tłuszcz stanowił naprawdę niezłą warstwę ochronną, ale nie miał szans z jego nożem.
Kilka cięć i flaki były na wierzchu.
Gdy Severus wyciągał oko chłopakowi towarzyszący temu dźwięk wydał się mu tak zabawny, że po chwili zrobił to samo z drugim.
Chciał się jeszcze pobawić z ostatnią ofiarą, ale musiał się opanować.
Nie po to tu był.
Patrząc w - już martwe - oczy Petuni Dursley szepnął cicho:
- To za Lily, szmato...
Po czym wbił nóż w serce jej syna.
Napisał jeszcze na ścianie krwią kobiety:
"I na Ciebie przyjdzie pora HP!"
I w spokoju odszedł.
Misja wykonana.
"Lily będzie szczęśliwa..."