- Twoje wujostwo zostało zamordowane przez popleczników Czarnego Pana...
Po tych słowach nawet Severus Snape zapomniał o ukrywaniu emocji.
Na szczęście nikt nie zauważył jego zdziwionej miny:
"W co ty grasz, Dumbledore..." pomyślał.
Obaj wiedzieli, że to nie Lord Voldemort nakazał zabójstwa Dursley'ów.
Mimo to, te słowa wcale nie były kłamstwem... Severus był przecież jednym z jego "popleczników"...
A właściwie to od kiedy Dumbledore nazywa Lorda Czarnym Panem?
Tego szczegółu akurat ani Black, ani Potter nie zauważyli...
Dał on jednak powód do przemyśleń mistrzowi eliksirów.
Nad intencjami dyrektora myślał już od jakiegoś czasu. Dokładnie od tygodnia, gdy dostał od niego zlecenie zabójstwa tamtych mugoli.
Nie pytał dlaczego ma to zrobić... Myślał, że być może Riddle ich w jakiś sposób omamił, że mają zabić Pottera, albo coś w tym stylu...
Że stanowią zagrożenie...
W sumie to nie nad tym się zastanawiał...
Niezależnie od rozkazu Snape musiał go wykonać...
Inaczej mógłby zostać uznany za zdrajcę, lub nawet zamordowany...
A to on w tej grze chciał być myśliwym...
Od samego początku bardziej go zastanawiała idea stworzenia tego absurdalnego napisu krwią w ich domu.
Dumbledore wyjaśnił to w nie do końca jasny sposób. Mówił, że to przekona chłopca do ukrycia się, do uważnego obserwowania otoczenia i przestanie tak nierozważnie się zachowywać...
Snape wątpił jednak w to wszystko...
Każdy kto choć trochę dłużej znał Pottera wiedział, że nie jest on człowiekiem, który przyglądał by się z boku, gdy jego znajomi narażają życie w walce. Że byłby skłonny do ukrycia się i przeczekania wojny.
To by było absurdalne... Potter odziedziczył porywczy charakter po swoim ojcu, który zawsze chciał być w centrum akcji.
- Aaa... Co? - koślawo zaczął mówić Harry, gdy pierwszy szok minął. - A zaklęcia ochronne? Nikt miał się przez nie nie przedostać...
"Ha... On nie jest jednak taki głupi za jakiego go masz, Dumbledore..."
- Niestety... zawiodły.
- Moment... - "Black próbuje myśleć..." - To znaczy, że przez te wszystkie lata nie było żadnej ochrony? Harry cały czas był zagrożony?
- Może nie przez wszystkie, Syriuszu... Tylko odkąd w Harrym i Voldemorcie płynie ta sama krew...
Snape zauważył, że po tych słowach oczy Łapy niebezpiecznie się zaświeciły, a Black cicho warknął.
Dumbledore nie mógł tego zauważyć ani usłyszeć, bo w tym samym momencie Potter wybiegł z salonu, głośno trzaskając drzwiami.
- Trochę ochłonie i mu przejdzie - "Wątpię, Dumbledore...".
- Harry! Jesteś tu? - Usłyszał pytanie Hermiony.
Nie chciał z nią rozmawiać. Nie chciał z nikim rozmawiać. Potrzebował trochę czasu na przemyślenia.
Chciał przetrawić to co właśnie usłyszał.
Nie specjalnie go ruszyło to, że Dursley;owie nie żyją... Oczywiście, było to smutne. Nie powinni ginąć w tej wojnie... To byli tylko niewinni mugole.
No dobrze, może nie całkiem niewinni...
"To byli straszni ludzie... Ale - nawet za to co mi robili - nie zasłużyli na śmierć... Nie brali czynnego udziału w tej wojnie, a ich jedynym przewinieniem było to, że mnie trzymali pod swoim dachem. Czy to znaczy, że jestem winny ich śmierci?"
Mimo, że takie myśli siedziały mu w głowie, Harry nie miał wyrzutów sumienia...
Sam często myślał o tym jak podrzyna im gardła w nocy...
Sam nie raz chciał się na nich zemścić za te wszystkie upokorzenia, które go spotykały...
Chciał ich torturować, by błagali go o litość i wybaczenie...
Czuł, że myślenie w ten sposób wyzwala w nim jakąś nową moc i wiedział, że już wkrótce pragnienie zemsty przerośnie poczucie człowieczeństwa...
Ale zawsze nim cokolwiek zrobił jego ludzka natura brała górę i odpowiedniejsze myśli zaprzątały mu umysł.
"Więc może dobrze się stało, że zginęli... Gdybym to ja ich zaatakował mógłbym trafić do Azkabanu, stracić reputację... I oczywiście stałbym się zbrodniarzem, kryminalistą, miałbym krew na rękach..."
Z każdym dniem musiał sam siebie coraz bardziej przekonywać, że zabijanie jest złe...
Nikt inny nie widział tych rosnących zmian w jego psychice, bo następowały zbyt wolno, a on zaczął je coraz lepiej ukrywać...
Takie zmiany brał za przejaw zbyt wielkiej ilości przemocy w jego życiu...
Dopóki nie dowiedział się, że jest magiczny był regularnie bity w swoim domu...
Gdy miał prawie 12 lat - nieświadomie, ale jednak - zabił profesora Quirrela...
Parę miesięcy później prawie go zjadły pająki...
Później patrzył jak umiera rok młodsza dziewczynka... I zabił ogromnego węża...
Myślał, że jest ścigany przez zbiegłego mordercę...
No i prawie go pogryzł nauczyciel - wilkołak...
Dochodzą do tego Dementorzy, zadania turnieju trójmagicznego, walka z Lordem Voldemortem i pościg za śmierciożercami...
Przez całe jego życie coś się działo...
Adrenalina, krew i przemoc od najmłodszych lat...
To oczywiste, że miało to wpływ na jego psychikę. Gdy nic się nie działo - a tak przeważnie było podczas każdych wakacji - to chłopak chciał wrażeń, więc do głowy mu przychodziły durne pomysły, jak zamordowanie Dursley'ów aranżując wypadek, bądź nasyłając podejrzenia na przykład na panią Figg...
Albo podpalenie domu przy Prived Drive 4, udając, że to wybuch butli gazu...
- Harry! Otwórz te drzwi, bo je wysadzę! - Hermiona postanowiła ponowić swój atak.
- Spokojnie Herm... - głos Rona został zagłuszony przez wybuch, gdy drzwi dosłownie wyleciały z zawiasów.
- Nie słyszałaś o "Alohomora"? - spytał Harry będąc w lekkim szoku.
- O to samo chciałem spytać... - poparł przyjaciela Ron, wciąż stojąc w progu.
Widocznie nie chciał wejść do pokoju, który był bardziej ślizgoński niż ich pokój wspólny.
Mimo, że cały dom był w takim stylu Weasley miał obiekcje tylko do tego jednego pokoju...
- Alohomora byłoby zbyt niegrzeczne...
- A to było wyrazem szacunku dla gospodarza? - spytał Ron, wyższym niż zwykle głosem.
- Och, nieważne... Zostawmy to. Harry, po co był u ciebie Dumbledore?
- Dursleyowie nie żyją... - zbeształ się w myślach za tak lekceważący ton głosu. - Chciał mi to przekazać.
- Przykro mi, stary - pierwszy odezwał się Ron. - Nie powinni ginąć w tej wojnie...
- Myślałam, że na wasz dom są rzucone odpowiednie zaklęcia ochronne...- powiedziała powoli Hermiona.
- Jak widać nie były... Skończmy to... Nie chcę o tym mówić...
- Jak to nie były?? - Hermiona nie pozwalała zakończyć rozmowy.
Zwyczajnie... Nie było zaklęć. Byliśmy cały czas narażeni... - Starał się nie brzmieć jak profesor Binns podczas wykładu na Historii Magii, ale trochę mu to nie wychodziło.
"Czy oni nie rozumieją, że nie chcę o tym rozmawiać?"
- Ale Dumbledore mówił...
- Że u nich jestem bezpieczny? Mówił... Jak widać się mylił - "Albo kłamał" przeszło mu przez myśl.- Zrobiłaś już może wypracowanie z Eliksirów? Mam z nim problemy - skłamał, chcąc pokazać, że uznał dyskusje za zakończoną.
Tak naprawdę wszystkie prace wakacyjne odrobił w ciągu pierwszych trzech dni wakacji.
- Po co chcesz je robić jak nie wiesz czy zdałeś SUMY? - zapytał zdziwiony Ron.
- Chcę czymś zająć swoje myśli...
- Nie uciekaj od proble....
- Nie mam żadnych problemów! - przerwał Hermionie w pół zdania. - Tak naprawdę gówno mnie obchodzą Dursleyowie! Skończmy już ten temat... Gryzą piach, więc niech gryzą...
- Właściwie to pogrzebu jeszcze chyba nie było...
- Ron! - warknęła oburzona Hermiona. - Nie mów tak... A ty Harry nie chowaj swoich uczuć... Pogadamy jak ochłoniesz - powiedziała i wyszła z jego pokoju, trącając w progu lekko wstrząśniętego Rona.
- Ach te kobiety... - powiedział cicho i zostawił przyjaciela samego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz